Pisać jednak muszę

Muszę pisać, nie ma dla mnie innego zbawienia niż pisanie.

Tylko który to ja już raz zaczynam od nowa ze słomianym zapałem?  Szybko ulatuje ze mnie motywacja. A pisać potrzebuję, chociażby było to w przykry sposób mierne, albo nawet niech będzie to kompletna bezwstydna grafomania. Muszę znaleźć ujście dla tych kłębiących się myśli, nie ważne jak głupie, nieprzemyślanie i naiwne by nie były. Żywię cichą nadzieję, że systematyczne ich spisywanie pomoże mi je uporządkować, może nawet od tego zmądrzeję. No nic, jestem anonimowa w internetach, nie ma czego się bać. Przed samym sobą nie ma co się wstydzić. Muszę tylko ograniczyć się objętościowo by mnie to pisanie tak nie męczyło.

Skoro jużem postawiła sobie cel, zidentyfikowała przyczynę i wybrała środki, to niech coś ze mnie spłynie.

Dzisiaj to głównie frustracja, a patrząc głębiej: strach, strach wynikający z niepewności, braku planu i marnowania czasu. Dół znajomej mi sinusoidy. Akurat do lutego przydałoby mi się pobyć na górze, ale stres nie sprzyja mojej produktywności. Moja prokrastynacja dołożyła się do tego w takim samym stopniu jak wszystkie przeciwności losu, które miały mi być motywacją, a stały się usprawiedliwieniami. Pomijając wymienianie każdego z nich, jestem zwyczajnie strasznie zmęczona i bardzo nie mam siły. Zaczyna mi to wszystko być mocno obojętne, mimo, że zależało mi na tym mocno i chcę, by dalej mi zależało. Trudno mi ubrać to jeszcze w słowa, ale nazwę to roboczo kryzysem wartości. Wiadomo, normalka w tym wieku, i tak dalej, problem raczej w tym, że nie mogę sobie na to teraz pozwolić, no nie mam na to 余裕.

W każdym razie, wystarczająco już dziś wylałam. Będę tu wracać i rzucać takimi kłębkami wypływającymi na powierzchnie bagienka zwanego moim umysłem. W mniej lub bardziej chaotyczny sposób, mniej lub bardziej się rozpisując. Byle często, żeby zrobić z tego nawyk.