Night scribbles

I’ve been having a truly crappy day. Several times I thought I found the thing to make it go away for good but the shit mood and anxiety always came back. It’s 2am now and I’m still up cramming for exams. I feel drained, not so much physically as emotionally. Anyhow, I am relatively stable compared to the rest of the day, hence I made my mind up to keep studying despite the late hour, since I’m at least able to focus on it to a satisfactory extent.

It sounds like a completely I’m-a-total-pussy approach and I do feel like one, trying to make myself being all collected and reasonable, but it just doesn’t work today. So I might as well just accept it and let it all out.

Well anyway, to put it shortly, many things keep bugging me, but that’s nothing new. Bright side is I just need to survive the next 6 days of hell and then I can honestly say fuck you to everything in the world and just chill, even though it’s just for a little while.

Poniedziałek 16 I 17

Przeżyłam okrutny weekend, dawno nie sponiewierało mnie tak przeziębienie. Telepałam się jak epileptyk, wyłam jak opętana i pociłam jak naprawdę nie wiem kto. Dziś miałam iść już na zajęcia, ale dalej czułam się niewyraźnie (ostatnio na złość nie potrafię zasnąć właśnie w te wieczory kiedy jestem wcześnie gotowa do łóżka i wyjątkowo zmęczona). W każdym razie zamiast zajęć dokończyłam esej, w nagrodę pooglądałam trochę dziwactw papy Franku, a teraz czytam sobie rzeczy na egzamin z literatury klasycznej w środę. Rozmawiałam chwilę z J ale w tym momencie leży już i chrapie, a ja jak na stalkera przystało nie rozłączam się, tylko robię sobie z tego bgm do nauki. Mimo wszystko przyjemnie jest pospędzać czas w taki sposób; on sobie śpi, ja sobie robię notatki, ale można się poczuć bliżej siebie. Jestem zadowolona.

Środa 11 I 2017

Moje złe samopoczucie osiągnęło apogeum w nocy, nie zmrużyłam oka do 4 rano. Dodatkowo spotęgowała go moja frustracja wynikająca z faktu, że o 22 leżałam już w łóżku z postanowieniem wyspania się. Po drugiej zrezygnowana zasięgnęłam pomocnej dłoni swojego odwiecznego powiernika, pomarudziłam i poszłam spać kiedy trochę się uspokoiłam. Dzień jednak nie był wiele lepszy niż noc. Przez cały czas zajęć musiałam aktywnie odpędzać natrętne myśli, co kosztowało mnie wiele wysiłku, ale chyba zostało mi to wynagrodzone – mimo, że bezczelnie wykorzystałam DG żeby dać upust swoim wynurzeniom, w zamian dostałam trochę konstruktywnych rad i nadziei. Czując się trochę pewniej ze wszystkim siadłam (chociaż przy znieczuleniu winem) do eseju, niestety przez 2 godziny nie posunęłam go o wiele do przodu (1/3 strony to troszkę wstyd); większość czasu spędziłam dopracowując napisane już akapity. Chociaż powoli już chyba wiem, gdzie chcę dalej iść z tym tekstem, więc nie jest tak znowu beznadziejnie. Jakoś przebrnę, chciałabym do weekendu mieć to z głowy i zająć się już licencjatem. Ogarnąć muszę także literaturę klasyczną, na nią też trzeba będzie coś napisać.

2017 zejdzie mi chyba na pisaniu rzeczy. Szkoda tylko, że wcześniej nie postarałam się o nabranie wprawy.

Wtorek 10 I 2017

Nie chce mi się dziś kombinować ładnych zwrotów po angielsku ani po żadnemu, więc krótko i rzeczowo:
właśnie skończyłam tłumaczyć Mandarynki, jestem kontenta. Zrobię na jutro jeszcze kandzie i chyba tyle z mojej produktywności. Bardzo śpiąco i leniwie mi dzisiaj, ale walczę. Eseju mam już tak 1/3+. Tylko tego pierwszego rozdziału licencjatu nie widzę. 5-10 stron? Będzie ciężko. Do tego porządnie nauczyć się na sesję. Ratunku! Cały semestr coś robiłam, a nic nie zrobiłam. Może oprócz znaków ogarnę dziś trochę gramatyki. Bardzo mam ochotę rzucić wszystko i iść spać. I żeby ktoś mi zrobił herbatkę. I poszedł za mnie do sklepu. Umył za mnie naczynia.

Tragiczna obserwacja: od miesięcy uwijam się codziennie i robię wszystko “jak należy”, nie odkładając na potem, w nadziei, że jak wejdzie mi to w nawyk, przyzwyczaję się i przestanie być to wszystko takie bolesne. Ale jakoś nie wchodzi. Chyba czas pogodzić się z tym, że to jest i pozostanie trudne i męczące. Przynajmniej zostaję z w miarę nienaruszonym sumieniem na wypadek, gdyby kiedyś miało mi się przydać.

Haha, miało być krótko i rzeczowo! Dla mnie chyba nie ma nadziei.

Winter pictures

Turns out taking pictures in -14C cold is not a good idea for several reasons. Not only did the battery die (froze, I suppose?) after only a few minutes, but also I almost lost sensation in my fingers. Regaining it was a truly tough and painful fight. Nevertheless, it was a learning experience and I did manage to take a few okay pictures before my camera refused to cooperate. Worth it.

Pictures aside, it’s really refreshing to take a stroll when it’s so cold. Highly recommend it! Also, I think now I know where the ‘bite’ in frostbite came from.

Pictures taken in Kraków, Poland. Fearing freezing to death I didn’t go far from the area where I live, and as I mentioned, my camera gave up very quickly, so this is only a handful of photos and they don’t show how wonderful the city is, but take my word for it, it’s beautiful. Just one thing before you go; think twice before visiting in winter. Temperature-wise. Of course air pollution is there too during the heating season, but I don’t think it’s a reason to worry when you’re only spending a few days here.

Picked up by the flow

First thing, I think I’ll be writing this diary in English for some extra language practice. There’s also one more reason why I think this is cool; delving into your thoughts, and so on, in a language you’re not native to, is a pretty uncanny experience. Makes me feel dissociated from my own own feelings in a way. As if there were a thin film between me and reality. Ah, I’m finding it really hard to explain. But this is the very reason I’m taking up this little challenge, right? To be able to better explain what I mean. It could be useful in developing some distance and objectivity as well. And if that doesn’t work, it will still help me learn to verbalize my thoughts more clearly. Not that I don’t have problems with that in my native tongue, but my English definitely needs more attention.

Anyway, back to my very-serious-intimate-self-discovering-and-recording-my-life-events process. Oh boy, I’m so into it!

Seriously now, though. Winter has been slow and very counter-productive for me, but recently things have gained some momentum. Went out, did some socializing with my roommates and random people, made some friends (why does that always happen only months before I’m about to move away from where I happen to live at the moment?). Managed to get some motivation to get on with my coursework and I’m on a reading spree right now. It feels really good. At such times I really see myself doing a PhD and being that hooked-up-on research bookworm type. At other times nothing seems appealing and I’m just fine with sleeping all day. This is the worrying part. But now I feel like I’ve been picked up by the flow, so I’ll do my best to go with it and not lose the momentum.

Luck.

PS.I think it’s worth mentioning that it’s extremely freezing outside (-14C at the moment and is expected to further drop to -21C!). There’s also plenty of snow lying around. I hadn’t expected a winter so strong this year, so I’m pretty excited about it. I’ll try to upload some pictures later. Hopefully my camera will work in the cold!